poniedziałek, 19 sierpnia 2013

kolejny wyjazd...

No a więc tak na szybko bo za 30 minut jadę do Warszawy, do mojej rodziny. Nie sądzę, że będę miała czas na pisanie... ale tym razem wracam szybko, bo w piątek. A więc kolejny rozdział w weekend.  Całuję :*
                                                                                                                      Weronika Love

piątek, 9 sierpnia 2013

rozdział 16- Sory, ale nie widziałam jeszcze osiemnastolatka oglądającego teletubisie.

Laura
     Z ulgą pchnęłam, wielkie, szklane drzwi, które odgradzały szpital od świata. Uderzyło mnie znajome ciepłe powietrze, pachnące trawą i spalinami (no tak- L.A.). Zauważyłam, że Ross trzyma mnie za rękę. Idziemy przez ulicę, trzymamy się za ręce, a obok nas podąża mały chłopiec, ciekawe co sobie o nas pomyślą przechodnie. To naprawdę interesujący widok, wyglądamy jak para, a nią nie jesteśmy.
- Lura, mieliśmy iść teraz do cyrku, pamiętasz?- zapytał chłopak, delikatnie się uśmiechając.
- Musimy? Nie lubię cyrku.- Przewróciłam oczami.
- Kiedyś lubiłaś, zawsze jak przyjeżdżał pierwsza wyganiałaś mnie z domu.
- Ale już nie lubię- stwierdziłam, tylko odrobinę kłamiąc.
- A co ty na to Nelson?- Blondy zwrócił się do chłopca. Wiedziałam, że nie mam z nim szans, tak samo wiedziałam jak odpowie Nelson.
- Tak, do cyrku!- Moje obawy się potwierdziły, chłopczyk trzymał stronę Rossa.
- To co Marano, odpuszczasz? Czy może mam cię tam zanieść?- spojrzał na mnie wzrokiem przewagi i wygranej. Uśmiech miał szatański, który mówił sam za siebie "wygrałem".
- Nie odpuszczam, w życiu.- Uśmiechnęłam się złowieszczo. Staliśmy twarzą w twarz.
- Sama tego chciałaś- Nie zdążyłam zareagować, kiedy blondyn przerzucił mnie sobie przez ramię. "Leżałam" teraz  na jego barku, a on tak jakby mój ciężar nie sprawiał żadnego obciążenia, szedł dalej, a za nim uśmiechnięty Nelson.
- Puść mnie! Jestem za ciężka abyś mnie niósł!- krzyknęłam marszcząc brwi. Mimo, że noszenie przez chłopaka nie było najgorsze. To było całkiem przyjemne.
- Zapomnij. Jesteś dziewczyną, nie możesz być cięszka.
- To chodźmy chociaż do mojego domu. Chce się przebrać- mruknęłam, wiedząc, że nic nie zdziałam.
                                                                          ***
     - Błagam, pospiesz się tylko- narzekał Ross już od jakiś 15 minut. Ja siedziałam w łazience, poprawiając swój wygląd. Tak, potrzebowałam porządnej metamorfozy. Kiedy Ross, przed moim domem postawił mnie na ziemi, najprościej- wyglądałam strasznie. Ale kto by tak nie wyglądał, po takiej przeprawie? Kiedy moje włosy osiągnęły znośny wygląd, musnęłam usta błyszczykiem i zaczęłam przebierać się w wcześniej wybrane ubrania.
     Wyszłam z łazienki. Weszłam do salonu gdzie zastałam blondyna siedzącego na fotelu i Nelsona, spoczywającego na kanapie. Oboje nawet nie zauważyli, że weszłam do pokoju. Siedzieli wpatrzeni w ekran telewizora, z szeroko otwartymi oczami. Wyglądali jak zahipnotyzowani. Zdziwiona, spojrzałam na urządzenie, które tak mocno wciągnęło obu chłopaków. Kiedy zobaczyłam co oglądają, wybuchłam histerycznym śmiechem. Na ekranie telewizora leciały... teletubisie. Dopiero po moim wybuchu śmiechu chłopacy zwrócili na mnie uwagę.
- Z czego się tak śmiejesz?- zapytał zirytowany Ross.
- Sorry, ale nie widziałam jeszcze osiemnastolatka oglądającego teletubisie- mówiłam przez śmiech.
- Haha ale nic innego nie było! Ty postanowiłaś zamieszkać w łazience, a my się nudziliśmy. Nie mieliśmy innego wyboru- albo to, albo czekanie na ciebie w nieskończoność!
- No już dobrze, dobrze. Ale jak jeszcze raz nakryję cię na oglądaniu teletubisiów, nie wykręcisz się tak łatwo!- oznajmiłam, nadal chichocząc miedzy słowami.- Ross-tubiś- zażartowałam.
- Idziemy?- odezwał się jak dotąd milczący Nelson. Nie czekając na odpowiedź złapał mnie i Rossa za rękę i poprowadził w stronę drzwi wyjściowych.
                                                                       ***
      Gdy Ross kupił trzy bilety, weszliśmy do wielkiego namiotu. Uderzyła mnie fala powietrza przepełnionego zapachem waty cukrowej i popkornu. W okół było wielu ludzi, przepychających się, aby zająć jak najlepsze miejsca. W około panował chaos i harmider. Większość trybun była już pozajmowana, tylko krzesła z przodu były puste. Nazywają te krzesła lożami. Są odgrodzone taśmą, a żeby móc na nich usiąść trzeba zapłacić o wiele więcej niż za normalne bilety. Jest to też przywilej, gdyż to zawsze z loży wybierają ludzi na scenę.
- Gdzie siadamy?- Starając się przekrzyczeć tłum, próbowałam porozumieć się z Rossem.
- Kupiłem bilety, aby usiąść w loży- krzyczał blondyn.
- Ale po co? Chciało ci się wydawać tyle kasy?
- Skoro udaje mi się gdzieś ciebie wyciągnąć raz na parę lat, to wolę zapamiętać ten dzień.- Uśmiechną się słodko, a ja odpowiedziałam mu tym samym. Muszę przyznać, że chłopak został obdarzony boskim uśmiechem. Zajęliśmy miejsca w loży. Ja siedziałam na środku, a z mojej lewej strony usadowił się Ross, zaś z drugiej Nelson.
- Poczekajcie tu, zaraz przyjdę- odparł blondyn i po chwili znikną w tłumie. Wrócił po pięciu minutach z dwiema cukrowymi watami- jedna duża, druga mniejsza i z dwiema paczkami popkornu.
- Dać tobie pieniądze, to tak jak dać pieniądze dla dziecka- powiedziałam przewracając oczami.
- Nie prawda! Po prostu chcę się dobrze bawić! Było by miło, gdybyś też zaczęła!
- No ok, ok zacznę.
       Ross podał Nelsonowi mniejszą watę i jeden popkorn. Między nami postawił jeden kubełek popkornu, a sam jedną ręką trzymał watę, tak abym mogła dosięgnąć.
       Przedstawienie trwa już od paru minut. Na scenę wychodzą po kolei: akrobaci, tancerze, iluzjoniści, zwierzęta, treserzy. Aż na arenę swoimi wielkimi czerwonymi butami wszedł, czerwo-nonosy mężczyzna z kolorową peruką na głowie, nazywany klaunem. Zaczął się wygłupiać rozśmieszając tym publiczność. Aż przyszła chwila, kiedy jako pomocników zaczął wybierać osoby z widowni. Jego wzrok zatrzymał się na mnie i Ross' ie. Wezwał nas do siebie, pokazując co mamy robić. Na scenę oprócz nas weszło jeszcze parę osób, które klaun rozstawił w rzędzie. Pokazywał dla każdego po kolei co ma robić. Pierwszy mężczyzna musiał złożyć ręce w  pistolet i udawać, że strzela. Druga, kobieta musiała klaskać i tupać. Za to ja byłam trzecia... kazano mi... tańczyć makarenę. Kolejny był Ross, biedaczek miał najgożej... rozkazali mu latać po scenie i powalać innych...super. Każdy swoje zadanie miał wykonywać w tym samym czasie. To co z tego wyszło to była masakra... czysta masakra... zwłaszcza, że Ross najczęściej powalał mnie.
        W końcu minęła połowa przedstawienia i ogłoszona została pół godzinna przerwa. Wszyscy, łącznie z nami, wychodzili na dwór. Można tam było pojeździć na kucykach, wielbłądach, czy pogłaskać kozy. Oczywiście przejażdżki były dodatkowo płatne. Niespodziewanie Ross złapał mnie za rękę i pociągną w stronę przejażdżek na wielbłądach.
        Zanim się zorientowałam, zostałam posadzona na wielbłąda, wraz z Rossem. Ja siedziałam z przodu, a chłopak z tyłu.
- Ross, a jak spadnę? To będzie twoja wina! To ty mnie tu posadziłeś!
- Nie spadniesz, a jak zaczniesz spadać, to cię złapię, ok?
- To pociągnę ciebie ze mną!
       Chłopak nic nie odpowiedział, tylko objął mnie w talli. To było coś niezwykłego. Poczułam dziwne zaciśnienie w brzuchu, tak jakby, ktoś związał mnie ciasną liną.
- Widzisz? Nie spadniesz.- Usłyszałam cichy szept, tuż przy moim uchu...
                                                                      ***
Witajcie po długiej przerwie :) Dzisiejszy rozdział jest dłuższy, niż poprzednie. Jest to taki bonus, że tyle czekaliście. Ale cóż... był wyjazd bez WI-FI.  Moja mama powiedziała, że byłam na odwyku... w tym jest odrobina prawdy. Moim zdaniem rozdział jest odrobinę, dziwny? Ale cóż, opinię zostawiam wam :) Do domu dotarłam o 5:30 rano z środy na czwartek. A jeśli chodzi o kolejne 2 blogi, o nie się nie martwcie ponieważ na obu zaczynam coś tworzyć :D Jakoś tak na ten szybciej wstawiam, bo wena mnie naszła :) A no i ostatnia rzecz dotycząca bloga: http://austin-ally-dziwna-historia.blogspot.com/ O tuż muszę się pochwalić, że na wyjeździe przeczytałam książkę! Książka była tak boska, że naprawde polecam Wybrani. Jest to moja ulubiona z ... co ja ściemniać będę, przeczytałam (bez lektur) jedną książkę... A więc, to na niej postanowiłam odwzorować niektóre wydarzenia na blogu. Mam nadzieję, że wam się spodoba :) Całuję:*
                                                                                                     Weronika Love
                                                                                                       

sobota, 27 lipca 2013

Przepraszam, ale wyjazd...

Niestety ale dzisiaj o 23.00. wyjeżdżam na Kretę. A więc rozdziału nie będzie... Bo w hotelu nie ma wi-fi. To dotyczy wszystkich bogów... Ale obiecuję, że jak tylko wrócę to dodam na wszystkie blogi rozdziały :) Obiecuję <3 Powrót...oj oj- wracam aż 8 sierpnia, a więc kolejnych rozdziałów spodziewajcie się około 9 sierpnia. A tak z innej beczki, propo sierpnia to 15 sierpnia są moje urodzinki :) To już niedługo :) Taka dość dziwna data- bo jest wtedy święto jakieś religijne i historyczne i moja data jest zapisana w zeszycie od histori i od religi. Kiedyś na lekcji pani od histori mówi:
- Ważne daty to: 3 maj,, 11 listopada, (coś tam jeszcze ale nie pamiętam) i 15 sierpnia.- A ja na to:
- Ważne święto, bo moje urodziny :)
Dziwna ta data, a to tumaczy dlaczego ja jestem tak dziwna :D Całuję:*
                                                                                                                           Weronika Love

czwartek, 18 lipca 2013

rozdział 15- Skryta pod szarą osłonką, jak dziecko kryjące się przed światem.

Laura
      Obudziłam się w pokoju dobrze mi znanym. Nie było to jednak moje królestwo. Przypomniała mi się sytuacja, kiedy obudziłam się  w tym właśnie pomieszczeniu, parę tygodni temu. Tak, to pokój Rossa. Tylko skąd ja się tu wzięłam? I gdzie jest Nelson?! Gwałtownie usiadłam na
łóżku. Rozejrzałam się dookoła. Drzwi od pokoju były zamknięte, a we wnętrzu byłam sama. Zaniepokoiłam się. Szybko zeszłam z łóżka i podeszłam do wyjścia, kiedy ktoś z drugiej strony pociągną za klamkę. Przestraszyłam się na tyle, że z powrotem wskoczyłam na łóżko chłopaka. Nagle zza drzwi wyłonił się Ross. Szybko podniosłam się z łóżka i podeszłam do chłopaka.
- Gdzie jest Nelson?- zapytałam prawie, że krzycząc.
- Spokojnie nic mu nie jest. Właśnie śpi sobie w pokoju obok.- Na te słowa trochę się uspokoiłam. Usiadłam z powrotem na łóżku i popatrzyłam na chłopaka.
- Ale skąd ja się tutaj wzięłam?- zapytała, rozglądając się po pokoju.
- No zasnęłaś w szpitalu, a więc przeniosłem cię do samochodu i przywiozłem tutaj, wraz z Nelsonem.
- Aha- wyjąkałam i skierowałam wzrok w podłogę.
- Jesteś głodna?
- Nie- odparłam krótko.
- Nie żartuj, nie jadłaś nic od wczoraj!
- Skąd wiesz? Śledziłeś mnie?- Nie wiem jak waszym zdaniem, ale jak dla mnie mogło to wydawać się odrobinę dziwne.
- Bo cię znam. A więc mam już plan na dzisiaj. Na początek idziemy odwiedzić Ashley, a potem do cyrku...- nie zdążył dokończyć, ponieważ mu przerwałam.
- Zaraz, zaraz. Dobrze słyszałam? Jacy- my?
- No ja, ty i Nelson.- Popatrzył na mnie z wyrzutem i zapytaniem na twarzy, jakby to było oczywiste. Nic już nie odpowiedziałam, tylko słuchałam, co dalej wymyślił blondyn.
                                                                          ***
       Z trudem przekroczyłam próg tego potwornego miejsca. Nie wiem dlaczego, ale boję się szpitali. Nagle poczułam, że ktoś ściska mnie za rękę. Obejrzałam się i zobaczyłam, że to Ross, który próbuje dodać mi otuchy Uśmiechnęłam się delikatnie i razem z Nelsonem skierowaliśmy się w stronę sali numer 57. Przechodziliśmy przez długi korytarz, a ja uważnie czytałam numerki na salach.
- 54, 55, 56 i jest 57- powiedziałam sama do siebie i stanęłam na przeciw drzwi. Dopiero teraz zauważyłam, że Ross nadal trzyma mnie za rękę. Nie przeszkadzało mi to, wręcz przeciwnie. Delikatnie otworzyłam drzwi. Zanim zdążyłam się zorientować Nelson wbiegł do sali. Za nim niepewnie podążyłam ja, ciągnąc za sobą blondyna. Ach, zapomniałam dodać, że Ross i Ashley się znają, przecież są sąsiadami.
- Cześć- odparła blada dziewczyna leżąca w łóżku. Nie przypominała ona tej radosnej i jak zwykle roześmianej Ashley, która mimo strasznych przeżyć potrafiła czerpać radość z życia. Ta osoba, którą widziałam teraz była kimś innym. Cała blada, a jej oczy były lekko zaczerwienione. Wydawało mi się, że to ktoś inny, jednak nie. Gdzieś w głębi to dalej ta sama i uśmiechnięta blondynka. Tylko teraz skryła się pod szarą osłonką, jak dziecko, kryjące się przed światem.
                                                                   ***
Dzisiaj się nie rozpisuje bo za 2 godziny wyjeżdżam, a ja musze jeszcze spakować bagaż podręczny, umyć się (będę w autobusie przez 7 godz.) i wysuszyć włosy i kupić coś na droge,. I postaram się następny napisać nad morzem :) Papatki ;) Całuję:*
                                                                                                   Weronika Love

wtorek, 16 lipca 2013

Ważne!

Tak to jest ważne, ponieważ założyłam nowego bloga :) Ojej to już trzeci, rozkręcam się :) Ale kto wie może będzie jeszcze kiedyś więcej? Ale na pewno nie teraz :) Zapraszam do czytania :)        http://austin-ally-dziwna-historia.blogspot.com/     Całuję:*
                                                                                                     Weronika Love

sobota, 13 lipca 2013

rozdział 14- Zwykły gest, a znaczy tak wiele.

Laura
       Już od paru godzin, wraz z Nelsonem, siedziałam w poczekalni, czekając na jakiekolwiek wieści o Ashley.  Było już późno. Na ciemnym niebie świeciło miliony gwiazd. Chłopczyk po paru godzinach płaczu, usną na krześle. Martwiłam się o niego. Był jeszcze dzieckiem, a tyle już przeżył. Siostra była jego jedynym wsparciem. Moja babcia wie już o całym zajściu jednak do szpitala przyjdzie dopiero rano. Jest już starsza, nie dziwię jej się. Popatrzyłam bezradnie na drzwi, którymi jeszcze tak niedawno weszłam ja i zdruzgotany chłopczyk. Nagle usłyszałam ciche skrzypnięcie. Uniosłam oczy i zobaczyłam chłopaka, stojącego w wejściu. Podszedł do mnie i bez słowa usiadł obok. Nie odzywaliśmy się przez dłuższy czas. Miałam dość tej ciszy.
- Skąd wiedziałeś, że tu jestem?- zapytałam,nie patrząc na niego. Mogło zabrzmieć to trochę oschle i szorstko. Sama nie wiem dlaczego. Może to dlatego, że nie mogę znieść tej skomplikowanej relacji między mną, Rossem, a Lucy. To jest za trudne.
- Twoja..- przerwał.- Babcia powiedziała, że tu będziesz- w końcu odparł. I ponownie zapanowała cisza. Ta wkurzająca i nieznośna cisza. Miałam jej dość. Ale nie mogłam jej przerwać. Nagle zrobiłam się senna. Oparłam głowę o najbliższą rzecz i zasnęłam.
                                                                       ***
     Poczułam jak ktoś delikatnie szturcha mnie w ramię. Otworzyłam szeroko oczy. Spostrzegłam, że opieram się na ramieniu Rossa. Podniosłam się.
- Wygodnie ci było?- zapytał uśmiechając się.
- Całkiem, całkiem. Bo puki ktoś mnie nie obudził.- Spojrzałam na niego, jednocześnie przeczesując włosy.
- Wiesz... Obudziłem cię, bo lekarz waśnie tu idzie.- Wskazał ręką na idącego w naszą stronę mężczyznę w białym fartuchu. Dopiero teraz go zobaczyłam. Wysłałam blondynowi wdzięczne spojrzenie i wstałam podchodząc do mężczyzny.
- Co z nią?- zapytałam.
- Czy jest pani spokrewniona z panną Ashley Cornel?- Spytał przeglądając jakieś papiery.
- Ona nikogo nie ma, a ja na razie opiekuje się jej bratem.
- No dobrze. A więc panna Ashley ma cukrzycę. Zasłabła, ponieważ jej organizm nie miał odpowiednich składników odżywczych. To nic poważnego, jednak musi się oszczędzać. Inaczej poniesie tego konsekwencje. Na razie musi odpocząć, więc w odwiedziny można przychodzić dopiero jutro. A w szpitalu musi zostać jeszcze przynajmniej przez tydzień.- Odszedł. Może to i nie były najgorsze wieści, jednak tam gdzieś w głębi duszy wierzyłam, że nic jej nie będzie. Wróciłam na miejsce. Nic się nie odzywając, przytuliłam się do blondyna. Z pozoru to zwykły gest, a wyraża więcej niż jakiekolwiek słowo.
- I co z nią?- zapytał po chwili ciszy. Ja nadal siedziałam wtulona w chłopaka.
- Ona ma cukrzycę... To nic strasznego, ale musi zostać tu jeszcze przez tydzień- powiedziałam zaspanym i nieobecnym głosem. Nagle spojrzałam na śpiącego Nelsona. "Przecież muszę się nim zaopiekować."- Ross?- wyszeptałam.
- Tak?
- Pomożesz mi zaopiekować się Nelsonem?- zapytałam. Sama nie dałabym rady. Uwielbiam dzieci, ale zapanowanie nad rozbrykanym chłopcem nie jest łatwe.
- Oczywiście- wyszeptał i pocałował mnie w czoło. I to kolejny gest, który wyraża dużo, bez użycia słów...
                                                                     ***
Witajcie :) W wakacje kompletnie nie chce mi się pisać... Złapałam jakiegoś lenia i to coś co widzicie na górze jest kompletną klapą. Rozdział nie dość, że krótki to jeszcze beznadziejny. Przez te parę dni, po prostu nie mogłam nacisnąć nowy post. Przepraszam za te bzdury, ale na nic innego jak na razie mnie nie stać. A to, że na asku pytaliście się o rozdział zmusiło mnie do napisania, bo ja jak coś obiecam- słowa dotrzymam. I jeszcze coś. To, że pod ostatnim rozdziałem było tak mało komentarzy nie ułatwiało mi pisania. Jeśli dalej tak pójdzie kolejny rozdział może pojawić się 10 sierpnia... jak nie później... Całuję:*
                                                                                                                      Weronika Love
PS Jest na tyle późno, że nie mam siły tego czytać i przepraszam za błędy.

piątek, 12 lipca 2013

Kontakt ze mną :)

Hej, hej, hej :) Dzisiaj taka krótka notka. Jeśli chcielibyście się mnie o coś zapytać daje wam mojego aska. Jest to fikcyjne konto, założone z myślą o tym  blogu. A i jeszcze pytanie. Czy chcecie abym podała wam swojego facebooka? Całuję:*
                                                                                                                                     Weronika Love